Mówią, że nigdzie nie zjesz tak dobrze jak u mamy. To
powiedzonko tyczy się głównie dorosłych, bo w dzisiejszych czasach dla
dziesięcioletniego dziecka mama to zabiegana kobieta, która nie ma na nic
czasu. Na gotowanie tym bardziej. W
takim przypadku to zdanie powinno brzmieć tak: ‘Mówią, że nigdzie nie zjesz tak
dobrze jak u babci’. Teraz, to jest najprawdziwsza prawda. Mając lat parę
babcia jest dla ciebie prehistorycznym dinozaurem- osobą, która żyje na tym
świecie już od tylu lat, że ty nawet nie możesz sobie tego wyobrazić. Ma wiele doświadczenia, zwłaszcza w
przyrządzaniu rozmaitych potraw, które później, przy niedzielnym stole,
pałaszuje z apetytem cała rodzina. W szczególności najmłodsze latorośle..
Sebastian to dziesięcioletni chłopiec z wrodzoną wadą serca.
Dysfunkcja bardzo poważna, przeszkadzająca w życiu codziennym, skreślająca
marzenia i plany. A jakie to plany może mieć dziesięcioletnie dziecko, pewnie
się pytasz z nieukrywaną drwiną. Ja ci
już odpowiadam, wręcz spowiadam się ze wszystkich tych tajemnic. Nasz mały bohater pragnie być piłkarzem.
Biegać za piłką i być wolnym, niczym nieskrępowanym . Tak po prostu. Pewnie
wydaje ci się to żałosne, przecież każdy
chłopiec marzy o takiej karierze, lecz owy ‘każdy’ może to uczynić- a Sebastian
nie. Serce mu na to nie pozwala. I rodzina również. Jedynie babcia zdaje się
rozumieć chłopca- spędza z nim bardzo dużo czasu, rozmawia z nim, a także…
gotuje dla swojego ukochanego wnuczka!
„- Kuchnia to serce domu- powtarzała wielokrotnie Lola- Kiedy dom ma
przytulną kuchnię, w której bez przerwy coś się dzieje, cała rodzina jest
zdrowa i silna.”
Cecilia Samartin jest amerykańską pisarką kubańskiego
pochodzenia. Pracowała też jako psycholog, głównie z imigrantami. Jej książki,
często utrzymane w klimacie realizmu magicznego i porównywane do powieści
Isabel Allende, były tłumaczone na wiele języków i poza USA ukazały się między
innymi w Norwegii, Danii, Niemczech i Hiszpanii. „Mofongo” z najcieplejszym
przyjęciem spotkało się w chłodnej Skandynawii.
Z tą recenzją zwlekałam prawie tydzień i kiedy wreszcie
wzięłam się w sobie i zaczęłam pisać to nie mam nic do powiedzenia. Wiecie
dlaczego? Ta powieść jest irytująco poprawna. Do niczego nie można się
przyczepić, lecz niczym też nie można
się zachwycić. Niby średniak, ale średniak przecież ma wady, a „Mofongo” ich
nie ma (tak czysto teoretycznie). Więc jak mam tę książkę opisać? Jak mam Wam
przedstawić wszystkie te sprzeczne uczucia, które mieszają mi w głowie?
Powieść Pani Samartin nie jest lekturą
typową. Mimo, że opowiada historię dziesięcioletniego chłopca to tak naprawdę
owego Sebastiana jest tutaj niewiele. Większą część opowieści zdominowała
babcia Lola- głównie to jej zmiany charakteru. Przyznam, że czuję się troszkę
oszukana, bo miała być wyciskająca łzy historia chorego chłopca, a tak naprawdę
mamy do czynienia z obyczajówką pełną kulinarnych przepisów. Historia Sebastiana co i rusz zrzucana jest na
dalszy plan, a szkoda, bo wątek ten miał ogromny potencjał. Co prawda
zakończenie, przełom powieści troszkę wynagradza nam ignorancję głównego
bohatera, lecz jeżeli już mówimy o samym końcu to wszystko działo się za
szybko, człowiek nie zdążył wszystkiego przyswoić, ochłonąć po emocjonujących
wydarzeniach.
Ostatnio zauważyłam, że nadeszła moda na książki obyczajowe
z kuchnią w tle. Wymieniać można by było naprawdę wiele tytułów. Szczerze
mówiąc ten trend mnie nie przekonuje. Jakby nie było jak chcę poznać
interesujący przepis to zaglądam do Internetu lub do książek kucharskich, a jak
chcę przeczytać książkę obyczajową to wybór mam naprawdę szeroki. Taki
Misz-masz, 2 w 1, czyli tak naprawdę nie ma niczego. Zwłaszcza w przypadku
„Mofongo”- ani fenomenalnej obyczajówki, ani dobrych przepisów. Na końcu książki umieszczona jest również lista receptur- fragmenty lektury z owymi
dokładnymi instrukcjami. I pomińmy fakt, że większość składników jest
niedostępna na polskim rynku. Zawsze można pstryknąć palcami i najważniejsze
składniki posiłku wyczarować…
Czuję się oszukana, ale to już Wam mówiłam. Przez tę złość
się powtarzam. Tak naprawdę w tej recenzji nic pożytecznego nie ma, więc w
skrócie Wam jeszcze coś powiem. Styl autorki znośny, czyta się lekko, lecz
autorka nie potrafi przekazać uczuć, emocji. Bohaterowie poprawni, lecz żadna persona nie
wzbudziła mojej sympatii. Historia też znośna, ma w sobie cień oryginalności,
lecz niczym tak naprawdę nie zachwyca.
MOJA OCENA:
6/10
Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu bukowy las!
