sobota, 8 lutego 2014

"Krucjata" Philippa Gregory

Morze. Woda. Fale rozbijające się o skalisty brzeg. Coś co od wieków nas fascynuje, a równocześnie przeraża. Woda jest żywiołem, który daje nam życie, a tym samym je odbiera. Każdego dnia, poprzez sztormy, które przewracają statki, kpi sobie z nieudolności człowieka. My, homo sapiens, potrzebujemy wody, lecz woda wcale nas nie potrzebuje. I jako niekontrolowany żywioł nam to pokazuje. Przez sztormy i inne morskie tragedie życie straciło tysiące ludzi, dzieci zostały osierocone, a całe rodziny pozostały bez żadnych środków do życia. Boimy się takich sytuacji. Lecz równocześnie nas fascynują. Liczne książki i filmy poświęcone tej tematyce są tego żywym przykładem. Któż z nas nie oglądał Titanica lub nie przeczytał żadnego romansu lub innej powieści, w której statek tonie? No właśnie... Z pewnością każda z pań przeżywała fascynację boską, romantyczną i jakże tragiczną historią, w której winowajcą wszystkich krzywd były siły natury. Bez wątpienia każdy z nas wsiadając na prom, statek czy łódkę czuje delikatny dreszczyk emocji i obawę, czy aby na pewno ujrzyy jeszcze kiedyś stały ląd. Niby wszystko co na ziemi jest nasze, lecz żywioł wody wydaje się nam taki obcy. Jakby woda była Bogiem lub inna istotą, która rządzi się swoimi prawami i za nic w świecie nie chce słuchać ludzkiego głosu.

Pamiętacie jeszcze Izoldę? Dziewczyna, która wraz ze swoją służącą- Iszrak- wydostała się z zakonu, teraz w towarzystwie przystojnych młodzieńców i gburowatego skryba zmierza do Węgier. Wraz z inkwizytorami, którym sam papież nadał misję, doszukuje się zwiastunów końca świata. Przemierzając rozliczne góry, morza i doliny zatrzymują się na krótki odpoczynek we włoskim miasteczku Piccolo. Tam, ugoszczeni przez właścicieli lokalnej gospody, zbierają siły do dalszej drogi, kiedy to z okien przytulnego pokoiku widzą cały tabun maszerujących żołnierzy. Pierwsze skojarzenie: atakują nas! Nic z tych rzeczy, to niebywała dziecięta krucjata do ziemi świętej pod dowództwem szwajcarskiego pasterza. W skrócie- zapowiedź wielkiego nieszczęścia...
 
"Nigdy nie mówimy ludziom, że ich kochamy, bo głupio nam się wydaje, że będą z nami zawsze. Wszyscy zachowujemy się, jakbyśmy mieli żyć wiecznie, a powinniśmy się zachowywać, jakbyśmy mieli umrzeć nazajutrz. Powinniśmy mówić sobie najpiękniejsze rzeczy."
 
Philippa Gregory znana jest wielu czytelnikom na całym świecie. Podbiła serca kobiet niesamowitymi romansami historycznym, a teraz próbuje dotrzeć do nastolatek prezentując serie "Zakon ciemności". Mamy tu intrygi, zagadki i przygody, a także- co spodoba się młodej części płci pięknej- cudownych rycerzy, dworskie zwyczaje i ten niesamowity, pełen kunsztu podryw. "Odmieniec", czyli pierwszy tom serii, dał mi się poznać jako lekkie, niezobowiązujące czytadło, idealne na chwilę oddechu pomiędzy nauką, sprzątaniem, pracą etc. Co więcej, lektura skończyła się w dość intrygującym momencie. Nie, nie- bynajmniej nie sprawiło to, że szalałam na myśl o tym, że nie mam kontynuacji i nie odliczałam dni do premiery tomu drugiego. Po prostu, najzwyczajniej na świecie, jak to na książkoholika przystało cieszyłam się na myśl o tym, że wrócę do świata wykreowanego przez Gregory. Kiedy otworzyłam przesyłkę troszkę się rozczarowałam objętością powieści-  skrycie liczyłam, że tym razem autorka zaserwuje czytelnikowi więcej stron. Lecz nie ważna ilość, ważna jakoś! Usiadłam wygodnie i przywitałam się z moimi, tak dawno niewidzianymi, książkowymi przyjaciółmi i razem z nimi przeżywałam przygodę związaną z tytułową krucjatą.
 
Zawsze przed rozpoczęciem lektury podziwiam (lub wyklinam) walory estetyczne, ilość rozdziałów etc. Okładka mnie zachwyciła- tu nie ma wątpliwości. Wykonana z niezwykłą precyzją, bez wątpienie przyciąga wzrok i wyróżnia się spośród innych książek stojących na księgarnianej półce. Czcionka optymalna,  ułatwia lekturę i nie męczy wzroku. Liczba rozdziałów? I tu zaczyna się problem. Znalazłam tylko prolog i rozdział pierwszy- przeglądałam i przeglądałam, nic więcej nie znalazłam. Stwierdziłam, że rozdziałów jest więcej, ale przez moje gapiostwo ich nie dostrzegam. Wyjdzie w praniu, właściwie w czytaniu-pomyślałam słusznie. Lecz nic nie wyszło! Tak jak zauważyłam, "Krucjata"  to tylko prolog i rozdział, który od czasu do czasu jest przerywany pojedynczym wzorkiem. A przecież trochę mnie znacie i wiecie jak bardzo tego nienawidzę. Uczucie rozżalenia nie mija i wręcz nie mogę wybaczyć Pani Gregory, że zdecydowała się na taki zabieg. Więc niech wyliczanie wad trwa!
 
Kolejnym mankamentem była akcja. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że pierwsze 200 stron było po prostu fenomenalne! Akcja biegła jak szalona, co i rusz byłam czymś zaskakiwana. Oryginalna, zapierająca dech w piersiach fabuła, w duecie z wartką akcją sprawiła, że nawet nie zauważyłam, kiedy byłam w połowie książki. Chłonęłam każdą stronę, niczym roślina wodę, delektowałam się kunsztem słowa pisanego, bałam się o losy bohaterów, a równocześnie trwałam przy nich i byłam im oddana. Gregory posługiwała się lekkim, bardzo przejrzystym językiem lecz w którymś momencie sama zaplątała się w akcji. Po ok. 200. stronach akcja znalazła się w martwym punkcie. Niby były jeszcze niedokończone wątki, niby można było jeszcze coś z tej powieści wycisnąć, lecz autorka... nie zrobiła tego. Tak po prostu. Ze strony na stronę było coraz nudniej i bardziej drętwo, język był wymuszony i taki roboczy. Jakby coś się stało. Jakby Gregory straciła wenę, chęci i cały zapał do pisania. Po parudziesięciu stronach kryzysu pisarskiego Philippy, zaczęło się robić troszkę lepiej, troszkę ciekawiej. Akcja była już mniej naciągana, nowe wątki same przychodziły, aż wreszcie, w zakończeniu, pojawiła się nowa zagadka, sprawa niewymagająca zwłoki.
 
Elementem, do którego nie mam żadnych zastrzeżeń są bohaterowie. Co prawda bywało tak, że ich zachowanie było głupie (zwłaszcza Izolda i jej humory przy końcu lektury!), lecz mają oni w sobie to 'coś', co sprawia, że nie można się na nich gniewać. W powieściach historycznych kocham ten lekko archaiczny, piękny i poetycki język- a bohaterowie "Krucjaty", właśnie takowym się posługują! Oczywiście, nie można porównywać do utworów z przeszłości, lecz jak na lekką młodzieżówkę, której akcja umiejscowiona jest w piętnastowiecznych Włoszech , język i styl wypowiadania się bohaterów prezentuje się całkiem, całkiem. Ciężko mi jednoznacznie ocenić drugi tom Zakonu Ciemności. Z jednej strony jestem wściekła, za brak wyszczególnionych rozdziałów i drętwe paręnaście stron, przy których wynudziłam się niezmiernie, lecz z drugiej strony ta książka mi się podobała. Tak najzwyczajniej na świecie spędziłam z nią miłe chwile i całkiem dobrze się bawiłam. Według mnie minimalnie wyprzedza poziomem "Odmieńca", więc Ci, którym podobał się tom pierwszy, mogą bez wahania sięgnąć po kontynuację!
 
MOJA OCENA:
7/10
 
Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Egmont !