wtorek, 3 czerwca 2014

PRZEDPREMIEROWO: "Piękny dzień" Elin Hilderbrand

Wiadomo. Nie zawsze jest pięknie i kolorowo. Nie zawsze świeci słońce, nie zawsze dzień jest wolny od pracy, wreszcie nie zawsze wszyscy są dla siebie mili i uprzejmi. A jednak każdy dzień jest piękny. Bo skoro miałeś szansę rano wstać, zjeść śniadanie i wybrać się do pracy/szkoły to znaczy tylko tyle, że właśnie rozpoczyna się kolejny dzień. Masz do wykorzystania paręnaście godzin, które zapewne przeznaczysz na wykonywanie swoich obowiązków. I dobrze, tak powinno być. Lecz rób to z pasją i uśmiechem na twarzy, doceniaj wszystko to, co przygotował dla ciebie los. Wtedy dzień będzie piękny.

Jest taki dzień, tylko jeden raz w życiu. I parafrazując piosenkę Czerwonych Gitar wcale nie mam na myśli świąt Bożego Narodzenia. Bo taki piękny, wyjątkowy dzień to ślub. Słowa przysięgi i to najważniejsze "tak" w życiu. Tak na całkowicie inne życie. Tak na dopuszczenie człowieka do swojej codzienności. Tak na miłość. Jednakże żeby uroczystość przebiegała pomyślnie należy się do niej odpowiednio przygotować. Suknie, bukiety kwiatów, organizacja wesela. Uff, tyle spraw na głowie Margot. A wszystko po to, żeby Jenny miała piękny dzień. Dzień, którego nie zapomni do końca życia.

W sumie nie miałam większych oczekiwań odnośnie tej książki. Już od samego początku coś mi w niej "śmierdziało", a akcja rozgrywająca się na wyspie przywodziła na myśl "Marcowe fiołki", które niestety do moich najukochańszych lektur nie należą. Jednakże wybadałam sprawę i zachęcona pozytywnymi recenzjami oraz nastrojową, stonowana okładką skusiłam się. Nie miałam co do tej pozycji wygórowanych oczekiwań. Ot, liczyłam że "Piękny dzień" będzie takim typowym wakacyjnym odmóżdżaczem.  Tymczasem było znacznie gorzej...

Liczyłam, że punktem kulminacyjnym będzie ślub. Tymczasem uroczystość została prawie pominięta, większą część tej lektury stanowiły właśnie przygotowania do tego dnia i wesele. Książka podzielona jest na dni (od czwartku do niedzieli), a narratorami byli Margot (siostra panny młodej), Ann (teściowa) oraz Doug (ojciec Jenny). Biorąc pod uwagę fakt, że to Jenny brała ślub zabieg ten jest dla mnie niewyjaśnioną zagadką.  Ogólnie bohaterowie pozostają dla mnie zagadką. Hilderbrand przedstawia skomplikowane rodzinne zawirowania pomiędzy postaciami, w efekcie powstaje książkowa wersja "Mody na sukces" - każdy zna każdego, każdy z każdym miał romans. Czy o takich niuansach Czytelnik powinien dowiadywać się w książce, która opowiada o pięknym i wyidealizowanym wydarzeniu, jakim jest ślub?

"Piękny dzień" przedstawia typowe społeczeństwo konsumpcyjne i współczesny sposób myślenia. Romanse każdego możliwego rodzaju, iPhone'y w dłoniach i dobry uśmiech do złej gry. Kompletny brak umiejętności rozwiązywania problemów, porywczość i młodzieńcza głupota, chociaż niektórzy bohaterowie należeli do grupy 40+.  Jedynym plusem, jeżeli chodzi o amerykański charakter lektury była możliwość poznania zwyczajów tego kraju związanych ze ślubem. O ile niektóre zwyczaje nie są kojarzone z żadnym krajem ( np. wieczór panieński) i są rozpowszechnione na całym świecie, o tyle parę innych tradycji przedślubnych w naszej kulturze nie występuje, bo są to zwyczaje typowo amerykańskie. Dzięki książce Hilderbrand mamy okazję je poznać. Ot, taki miły bonusik do fatalnej treści.

Przy lekturze wynudziłam się za wszystkie czasy. Choć później fabuła troszkę się rozwinęła i całość była do przeczytania to muszę przyznać, że początek był fatalny. Zero jakichkolwiek pozytywnych emocji, najbardziej emocjonującą zagadką były wątpliwości pogodowe. I nic poza tym. Dopiero pod koniec wdrożyłam się w lekturę na tyle, żeby szybko ją skończyć i jeszcze szybciej o niej zapomnieć. Bo czas spędzony przy lekturze "Pięknego dnia" jest czasem straconym. Liczyłam na lekką książkę, która ukaże sakrament małżeństwa w dobrym świetle. Tymczasem otrzymałam książkową podróbkę "Mody na sukces". Zdecydowanie nie polecam.

Przedpremierową lekturę zawdzięczam wydawnictwu znak litera nova!