Nikt nie lubi być zmuszany do
zrobienia, czy powiedzenia czegoś. Każdy
ma zapisany w swojej podświadomości charakter buntownika, lecz u jednych
ujawnia się on bardziej, u drugich mniej.
Tak czy siak mówiąc nam, że mamy coś zrobić nie czynimy tego i vice
versa. Jeżeli mama każe małemu dziecku nie rozmawiać z nieznajomymi, dam sobie
rękę uciąć, że dzieciaczek na widok miłego Pana, który proponuje mu cukierkową
ucztę, podejmie z nim konwersację. Nawiązując do filmu o przygodach zielonego
ogra- kiedy ktoś ci mówi ‘nie patrz w dół’, ty jak tępe ciele kierujesz wzrok w
przepaść. Czyż nie jest tak? Ależ oczywiście, że jest. Koleżanka przekazuje ci
najnowszą, najgorętszą dawkę ploteczek, a na koniec, konspiracyjnym szeptem
dodaje: ‘tylko nie mów nikomu’. A ty, zaraz po przyjściu do domu, logujesz się
na facebook’u i przekazujesz swojej znajomej, że dziewczyna o imieniu X z klasy Y właśnie
zerwała ze swoim chłopakiem. Co z tego, że zostałaś proszona o dyskrecję. Przecież
takimi gorącymi wiadomościami po prostu trzeba podzielić się z innymi! Nie zgadzasz się z moją filozofią? Oczywiście,
nie musisz. Ale wiedz, że książkowe postaci właśnie tak postępują. Weźmy na
przykład taką Emmę aka Sutton z The Lying Game…
Emma miała już okazję przeżyć
parę dni jako Sutton, jednakże sytuacja w jakiej się znalazła dalej jest dla
niej dziwna. I choć jej siostra bliźniaczka ma dosłownie wszystko- od
kochających rodziców, do najnowszego modelu iPhone’a i markowych, drogich ubrań
z najnowszej kolekcji, to nastolatka wciąż czuje się niekomfortowo. Musi cały
czas mieć się na baczności i zachowywać się tak kontrowersyjnie i chamsko jak
Sutton. Jest zmuszona baczyć na to, co mówi i z kim się zadaje. A najgorsze
jest to, że nie może uciec i wrócić do swojego jakże skomplikowanego, lecz
własnego życia. Morderca czuwa i obserwuje każdy krok dziewczyny. I tylko czeka
na moment, kiedy będzie mógł zrobić jej to, co zrobił bliźniaczce. Czy Emma się
podda lub straci czujność? Nigdy. Nigdy przenigdy…
„Dopiero wówczas, gdy coś tracimy- […]- uświadamiamy sobie, jak wiele
to coś dla nas znaczyło.”
Parę tygodni temu miałam
przyjemność czytam tom pierwszy z serii The Lying Game. „Gra w kłamstwa”, bo
to o niej mowa, bardzo mi się spodobała, zwłaszcza że autorka
wykreowała naprawdę oryginalną fabułę. A dzięki dwuosobowej narracji poznawanie
historii Emmy było jeszcze ciekawsze. Fenomenalne zakończenie sprawiło, że „Nigdy
przenigdy” chciałam przeczytać już- teraz-natychmiast. Lecz mam w zwyczaju
robić kilkutygodniowy odstęp pomiędzy pochłanianiem lektur z danej serii, coby
akcja mi się nie przejadła. Przecież każdy wie, że nawet najpyszniejsza
szarlotka z cynamonem i gałką waniliowych lodów, w nadmiernych ilościach
doprowadza nas do mdłości i bólu brzucha. A książki to taka moja szarlotka z
cynamonem, lodami waniliowymi i przepyszną kawą w zestawie, wiec zasada złotego
środka działa tutaj perfekcyjnie. W końcu umiar nikomu jeszcze nie zaszkodził,
prawda? Lecz moje myśli wciąż krążyły wokół serii The lying game, toteż doszłam
do jakże trafnego wniosku, że już czas. Czas na lekturę. Może nie ambitną i
super-inteligentną, lecz jakże emocjonującą! Znalazłam wolny wieczorek,
usiadłam wygodnie na łóżku i z książką i zieloną herbatką o smaku
maślano-truskawkowych babeczek powróciłam do świata Emmy aka Sutton. Kochana,
tęskniłaś za mną, prawda?
Ciężko mi napisać coś na temat „Nigdy
przenigdy”. Mimo, że jestem już parę dni po lekturze na myśl o przygodach
rozgrywających się w książce dostaje ślinotoku i jedyne, co przychodzi mi do głowy
to: ndhuikfjhg kurczę no, to było cholernie dobre. Od tego czytadła wręcz nie można się oderwać,
litera za literą, słowo za słowem coraz szybciej pochłaniałam każdy rozdział, chcąc
poznać zakończenie. Podobnie jak z „Grą w kłamstwa” mamy do czynienia z tym oryginalnym
typem narracji- historię poznajemy z punktu widzenia Emmy, lecz raz na jakiś
czas swoje trzy grosze wtrąca również Sutton. Będąc przyzwyczajona do tego
zabiegu, nie wytrącał mnie z równowagi. Jedynie zachwycał i przyprawiał o kolejne ochy
i achy. Ale to taki malutki szczególik. Sara Shepard skupiła się na tworzeniu
napięcia- w tej części mniej jest przełomowych wydarzeń, autorka tym razem
wzięła sobie na cel granie na emocjach Czytelnikach, jakby były one gitarą
elektryczną. Nie oznacza to jednak nudy-
o nie, nie, nie! Na znużenie i
odliczanie stron do końca historii nie ma miejsca. Ani się nie obejrzysz, a już
będziesz w połowie tej niesamowitej historii.
Zwykle bywa tak, że w twórczości
autora można wyróżnić jeden element, który za każdym razem wychodzi perfekcyjnie.
Lecz w klasyfikacji dzieł Sary Shepard mam nie lada problem, bo jakby nie
patrzeć zarówno pomysł, jak i sposób przedstawienia go jest po prostu zachwycający.
Bohaterowie też niczego sobie, pod
żadnym pozorem nie można się do nich ‘przyczepić’. W „Nigdy przenigdy” mamy do
czynienia z całym wachlarzem różnorodnych postaci, które wykreowane są w tak
świetny sposób, że nie dość że zachwycają to jeszcze nie pozwalają sobie na
postawienie diagnozy, czy dana persona należy do tych dobrych, złych, czy może
jeszcze gorszych. Bohaterów jest tu cała masa, lecz każdy ma jakąś cechę
charakterystyczną, więc nikt się nie pogubi w tym labiryncie fikcyjnych osób.
Charakterek Emmy od czasów „Gry w kłamstwa” jakoś szalenie się nie zmienił.
Zwracałam uwagę na ten fakt w recenzji Gry, lecz pozwolę sobie na powtórzenie.
Emma jest taka grzeczna, nie ma w niej aż tak dużo chamstwa i bycia wredną (za przeproszeniem!) suką. Postać zupełnie jak nie u Shepard. Czy to źle? Zdecydowanie
nie, przecież lubimy różnorodność!
Przywiązuję wagę do zakończeń. W
końcu to od ostatnich rozdziałów zależy jak książka zostanie przeze mnie zapamiętana.
Bardzo często autorzy wykazują się nie lada sprytem i pomysłowością, a ja ich
za to chwalę i zwracam uwagę na ten fakt. Ale… inni autorzy nie dosięgają
Shepard nawet do pięt! Zakończenie „Nigdy przenigdy” doprowadziło mnie do palpitacji
serca, ogryzania paznokci i nerwowego zagryzania warg. Cóż to była za
akcja, cóż to były za emocje. Moi drodzy, moi kochani tego nie da się opisać
słowami, to po prostu trzeba przeżyć! Tak, właśnie tak- dobrze przeczytałeś. Przeżyć.
Nie przeczytać. Dla takich zakończeń, dla takich książek warto żyć. Polecam twarzą,
nogami, rękami i wszystkimi innymi częściami ciała. Cud, miód i orzeszki.
MOJA OCENA:
10/10
Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu otwarte!