czwartek, 30 stycznia 2014

"Nigdy przenigdy" Sara Shepard

Nikt nie lubi być zmuszany do zrobienia, czy powiedzenia czegoś.  Każdy ma zapisany w swojej podświadomości charakter buntownika, lecz u jednych ujawnia się on bardziej, u drugich mniej.  Tak czy siak mówiąc nam, że mamy coś zrobić nie czynimy tego i vice versa. Jeżeli mama każe małemu dziecku nie rozmawiać z nieznajomymi, dam sobie rękę uciąć, że dzieciaczek na widok miłego Pana, który proponuje mu cukierkową ucztę, podejmie z nim konwersację.  Nawiązując do filmu o przygodach zielonego ogra- kiedy ktoś ci mówi ‘nie patrz w dół’, ty jak tępe ciele kierujesz wzrok w przepaść. Czyż nie jest tak? Ależ oczywiście, że jest. Koleżanka przekazuje ci najnowszą, najgorętszą dawkę ploteczek, a na koniec, konspiracyjnym szeptem dodaje: ‘tylko nie mów nikomu’. A ty, zaraz po przyjściu do domu, logujesz się na facebook’u i przekazujesz swojej znajomej, że dziewczyna o imieniu X z klasy Y właśnie zerwała ze swoim chłopakiem. Co z tego, że zostałaś proszona o dyskrecję. Przecież takimi gorącymi wiadomościami po prostu trzeba podzielić się z innymi!  Nie zgadzasz się z moją filozofią? Oczywiście, nie musisz. Ale wiedz, że książkowe postaci właśnie tak postępują. Weźmy na przykład taką Emmę aka Sutton z The Lying Game…


 Emma miała już okazję przeżyć parę dni jako Sutton, jednakże sytuacja w jakiej się znalazła dalej jest dla niej dziwna. I choć jej siostra bliźniaczka ma dosłownie wszystko- od kochających rodziców, do najnowszego modelu iPhone’a i markowych, drogich ubrań z najnowszej kolekcji, to nastolatka wciąż czuje się niekomfortowo. Musi cały czas mieć się na baczności i zachowywać się tak kontrowersyjnie i chamsko jak Sutton. Jest zmuszona baczyć na to, co mówi i z kim się zadaje. A najgorsze jest to, że nie może uciec i wrócić do swojego jakże skomplikowanego, lecz własnego życia. Morderca czuwa i obserwuje każdy krok dziewczyny. I tylko czeka na moment, kiedy będzie mógł zrobić jej to, co zrobił bliźniaczce. Czy Emma się podda lub straci czujność? Nigdy. Nigdy przenigdy…
„Dopiero wówczas, gdy coś tracimy- […]- uświadamiamy sobie, jak wiele to coś dla nas znaczyło.”
Parę tygodni temu miałam przyjemność czytam tom pierwszy z serii The Lying Game. „Gra w kłamstwa”, bo to o niej mowa, bardzo mi się spodobała, zwłaszcza że autorka wykreowała naprawdę oryginalną fabułę. A dzięki dwuosobowej narracji poznawanie historii Emmy było jeszcze ciekawsze. Fenomenalne zakończenie sprawiło, że „Nigdy przenigdy” chciałam przeczytać już- teraz-natychmiast. Lecz mam w zwyczaju robić kilkutygodniowy odstęp pomiędzy pochłanianiem lektur z danej serii, coby akcja mi się nie przejadła. Przecież każdy wie, że nawet najpyszniejsza szarlotka z cynamonem i gałką waniliowych lodów, w nadmiernych ilościach doprowadza nas do mdłości i bólu brzucha. A książki to taka moja szarlotka z cynamonem, lodami waniliowymi i przepyszną kawą w zestawie, wiec zasada złotego środka działa tutaj perfekcyjnie. W końcu umiar nikomu jeszcze nie zaszkodził, prawda? Lecz moje myśli wciąż krążyły wokół serii The lying game, toteż doszłam do jakże trafnego wniosku, że już czas. Czas na lekturę. Może nie ambitną i super-inteligentną, lecz jakże emocjonującą! Znalazłam wolny wieczorek, usiadłam wygodnie na łóżku i z książką i zieloną herbatką o smaku maślano-truskawkowych babeczek powróciłam do świata Emmy aka Sutton. Kochana, tęskniłaś za mną, prawda?
Ciężko mi napisać coś na temat „Nigdy przenigdy”. Mimo, że jestem już parę dni po lekturze na myśl o przygodach rozgrywających się w książce dostaje ślinotoku i jedyne, co przychodzi mi do głowy to: ndhuikfjhg kurczę no, to było cholernie dobre.  Od tego czytadła wręcz nie można się oderwać, litera za literą, słowo za słowem coraz szybciej pochłaniałam każdy rozdział, chcąc poznać zakończenie. Podobnie jak z „Grą w kłamstwa” mamy do czynienia z tym oryginalnym typem narracji- historię poznajemy z punktu widzenia Emmy, lecz raz na jakiś czas swoje trzy grosze wtrąca również Sutton. Będąc przyzwyczajona do tego zabiegu, nie wytrącał mnie z równowagi. Jedynie zachwycał i przyprawiał o kolejne ochy i achy. Ale to taki malutki szczególik. Sara Shepard skupiła się na tworzeniu napięcia- w tej części mniej jest przełomowych wydarzeń, autorka tym razem wzięła sobie na cel granie na emocjach Czytelnikach, jakby były one gitarą elektryczną.  Nie oznacza to jednak nudy- o nie, nie, nie! Na znużenie  i odliczanie stron do końca historii nie ma miejsca. Ani się nie obejrzysz, a już będziesz w połowie tej niesamowitej historii.
Zwykle bywa tak, że w twórczości autora można wyróżnić jeden element, który za każdym razem wychodzi perfekcyjnie. Lecz w klasyfikacji dzieł Sary Shepard mam nie lada problem, bo jakby nie patrzeć zarówno pomysł, jak i sposób przedstawienia go jest po prostu zachwycający. Bohaterowie też niczego sobie,  pod żadnym pozorem nie można się do nich ‘przyczepić’. W „Nigdy przenigdy” mamy do czynienia z całym wachlarzem różnorodnych postaci, które wykreowane są w tak świetny sposób, że nie dość że zachwycają to jeszcze nie pozwalają sobie na postawienie diagnozy, czy dana persona należy do tych dobrych, złych, czy może jeszcze gorszych. Bohaterów jest tu cała masa, lecz każdy ma jakąś cechę charakterystyczną, więc nikt się nie pogubi w tym labiryncie fikcyjnych osób. Charakterek Emmy od czasów „Gry w kłamstwa” jakoś szalenie się nie zmienił. Zwracałam uwagę na ten fakt w recenzji Gry, lecz pozwolę sobie na powtórzenie. Emma jest taka grzeczna, nie ma w niej aż tak dużo chamstwa i bycia wredną (za przeproszeniem!) suką. Postać zupełnie jak nie u Shepard. Czy to źle? Zdecydowanie nie, przecież lubimy różnorodność!
Przywiązuję wagę do zakończeń. W końcu to od ostatnich rozdziałów zależy jak książka zostanie przeze mnie zapamiętana. Bardzo często autorzy wykazują się nie lada sprytem i pomysłowością, a ja ich za to chwalę i zwracam uwagę na ten fakt. Ale… inni autorzy nie dosięgają Shepard nawet do pięt! Zakończenie „Nigdy przenigdy” doprowadziło mnie do palpitacji serca, ogryzania paznokci i nerwowego zagryzania warg. Cóż to była za akcja, cóż to były za emocje. Moi drodzy, moi kochani tego nie da się opisać słowami, to po prostu trzeba przeżyć! Tak, właśnie tak- dobrze przeczytałeś. Przeżyć. Nie przeczytać. Dla takich zakończeń, dla takich książek warto żyć. Polecam twarzą, nogami, rękami i wszystkimi innymi częściami ciała. Cud, miód i orzeszki.
MOJA OCENA:
10/10
Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu otwarte!