Jesteśmy takim narodem, jakim jesteśmy. Skomplikowanym, problemowym, z trudną przeszłością. Mamy taki język, jaki mamy. Trudny, nieprzydatny za granicami naszego kraju, nietuzinkowy w negatywnym znaczeniu tego słowa. Bo języka polskiego używają tylko Polacy- a to, wbrew pozorom, wcale nie jest takie dobre. Z wątpliwą znajomością jakiegokolwiek języka obcego jesteśmy skazani na dożywotni pobyt w naszym kraju, jeżeli chodzi o kulturę- musimy czekać na polskie wydania. My- czytelnicy- pokrzywdzeni przez los, jesteśmy na łasce i niełasce wydawców, co oni wydadzą, my będziemy czytać. A Ci wcale nie ułatwiają nam życia. Zamiast wydawać interesujące, wychwalane za granicą powieści, wprowadzają szmiry, do których prawa kupili za przysłowiową złotówkę. Bo tak prościej podobno. Po co poczytać opinie czytelników na goodreads, kto by pomyślał o tym, co zadowoli moli książkowych? Przecież wydawca wie lepiej, jakiej książki czytelnikowi potrzeba.
Rok 2019- pełen wyuzdanych nowości technicznych, inny styl życia, odmienne zainteresowana. Niby niedaleka przyszłość, a jednak tak bardzo różni się od czasów współczesnych. NASA organizuje loterię, która jest tak dobrze rozreklamowana, że nastolatkowie z całego świata chętnie biorą w niej udział. Wreszcie instytucja wybiera trzech szczęśliwców, a są nimi- Mia z Norwegii, Midori z Japonii oraz Antoine z Francji. Szczęśliwcy wyruszają w podróż, pełnią niespodzianek i przygód. Spędzą wspaniałe i bezproblemowe 172 godziny na księżycu. Hehe. Dobry żart.
Języka angielskiego uczę się od siódmego roku życia. Mimo, że różnie z ta nauką u mnie bywało, język umiem, potrafię się porozumiewać, pisać, płynnie mówić i... czytać właśnie. A jak mam taką umiejętność, to czemu z niej nie skorzystać? W lipcu 2012r. czytałam pierwszą książkę w obcym języku- "The unbecoming of Mara Dyer" (całym sercem polecam!), później przyszły kolejne aż wreszcie czytanie w języku angielskim traktowałam z taką samą przyjemnością, co czytanie w języku polskim. Pochłanianie lektur w obcym języku ma same zalety- nie dość, że doskonalimy swoje umiejętności, to jeszcze poznajemy historię, której czytelnicy z naszego kraju poznać nie mogą, bo nie ma jeszcze naszego wydania. I choć początkowo sztuka czytania "po obcemu" wydaje się trudna, to po kilku rozdziałach lektura nabiera rytmu i przynosi radość. Ogromną. Wręcz buchającą niczym lawa z wulkanu. Bo nic tak nie cieszy mola książkowego jak poznawanie nowej historii. I to takiej wspaniałej.
"172 hours on the moon" to oryginalna opowieść. Początkowo byłam przekonana, że fabuła będzie przypominać "Blask" lub "W otchłani"- lekko ckliwa, z miłością w tle. Tymczasem, spotkało mnie bardzo pozytywne zaskoczenie. Powieść autorstwa Johana Harstada okazała się być mrożącą krew w żyłach, pełną wielu przełomowych momentów lekturą od której nie można się było oderwać. Autor zręcznie manewruje akcją, ma głowę pełną pomysłów, w każdym rozdziale dzieje się coś ciekawego. Jednym słowem- na nudę nie ma miejsca. Dodatkowo mamy do czynienia ze zdjęciami adekwatnymi do treści rozdziału. Wydają się być przypadkowe, lecz nic z tych rzeczy. W "172 hours on the moon" nie istnieje takie słowo jak przypadek. Już nie pamiętam kiedy zakończenie jakieś książka aż tak mną wstrząsnęło. Gdybym miała ocenić jedynie koniec historii dałabym bez wątpienia 10/10. Lecz moje zadanie jest znacznie trudniejsze- mam ocenić całokształt. Więc może wystawię książce 11/10?
Oceniając powieść zagraniczną najważniejszym elementem oceny jest język. Wiadomo, możemy się go uczyć przez wiele lat, a i tak nie będziemy tak zwanym native speaker'em. Niektóre frazy,bądź zwroty mogą być dla nas obce, nie do końca zrozumiałe- grunt to się nie przejmować i dalej zgłębiać lekturę. Dlatego przy wyborze powieści anglojęzycznych zawsze stawiam na młodzieżówki- z reguły są one pisane prostszym językiem. Aczkolwiek nie zawsze, lecz akurat w przypadku "172 hours on the moon" miałam rację w prawe (!) stu procentach. Początkowo język był lekki, wręcz banalny, pospolity do bólu. Krótkie zdania, napisane językiem potocznym- nawet dla mnie ten tekst był zbyt prosty w odbiorze. Lecz później, kiedy już nasi bohaterowie znaleźli się w przestrzeni kosmicznej czytadło stało się troszkę trudniejsze. Autor wprowadzał nazwy części statku kosmicznego, opisywał krajobraz kosmiczny, skafandry itd. Mimo wszystko, poradziłam sobie bezproblemowo. Jak widzicie bardzo łatwo zrozumieć tę powieść. Uważam, że każdy czytelnik ze znajomością języka na poziomie (tak mniej-więcej) matury rozszerzonej nawet nie zauważy, że czyta powieść w innym języku!
Podsumowując, "172 hours on the moon" to powieść, którą jestem po prostu zachwycona. Bohaterowie są nietuzinkowi, wykreowani po mistrzowsku, tacy, z którymi można się utożsamić. Akcja gna do przodu, non-stop nas zachwyca. Sprawia, że musiałam pilnować swojej szczęki- ani się nie obejrzałam a po raz kolejny była na podłodze! Język dość przystępny, choć gdybym była brytyjską recenzentką pewnie właśnie plułabym jadem za jego prostotę. Lecz nie jestem. Ufff! Z czystym sumieniem mogę napisać- dawno nie czytałam tak cholernie dobrej i wciągającej książki. I żałuję tylko dwóch rzeczy- że ta przygoda już się skończyła (i to w jaki sposób!!!) i że prawdopodobnie nigdy nie zobaczę tego czytadła tutaj, w Polsce, na księgarnianej półce. Dla takich książek warto żyć!
MOJA OCENA:
10/10