Pewne zdarzenia "ciągną się" za nami do końca życia. Pewne relacje nigdy się nie zmienią - choćbyśmy do głębi zranili drugą osobę ona i tak poszłaby za nami w ogień. Jeżeli nas kocha, zrobi dla nas wszystko. Jeżeli jest odważna w swojej miłości, świadoma tego uczucia jest gotowa poświęcić swoje życie w imię naszego dobra i naszej sprawiedliwości. Coś w rodzaju miłości platonicznej - tylko mniej bajkowości, więcej życia. Mniej utopii, więcej brutalności i krzywdy. Taki obraz przedstawia nam Coplin w swoim debiucie.
Żeby zrozumieć tę skomplikowaną historię autorka przenosi nas do dzikich Stanów Zjednoczonych z przełomu 1857 roku. Mały chłopiec wraz z siostrą i matką poszukują nowego domu - znaleźli go w górskiej kotlinie, gdzie rozpoczęli uprawę roślin. Matka odeszła, siostra odeszła, a William Talmadge na dobre wkręcił się w owocowy biznes. Jego czas wyznaczają pory roku, kiedy to musi odpowiednio oporządzić rośliny, czy zebrać owoce. Mężczyzna prowadzi spokojne, acz pełne monotonii i kilku nieprzyjemnych wspomnień życie. Lecz za żadne skarby tego świata nie spodziewał się, że już wkrótce mur, jaki przez lata budował dookoła swojej osoby, legnie w gruzach.
Piękna okładka. Żadne zdjęcie, zwłaszcza robione aparatem z baterią na wyczerpaniu, nie odda jej cudowności. Trzeba choć przez chwilę, potrzymać książkę w dłoniach, poczuć jej klimat i niebywałą magię. Poczuć zapach papieru, dostrzec piękno tej okładki z bliska. Uwierzcie mi, warto. Już piękna okładka zapowiada godną lekturę. Lecz nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie sądziłam, że "Morelowy sad", który jakby nie patrzeć jest tylko (a może i aż?) debiutem, aż tak przypadnie mi do gustu. Coplin zaprezentowała przecudowną historię, która skupia losy kilku bohaterów, a zarazem nie zaniedbuje żadnego z nich i z tą samą starannością przedstawia losy każdej persony.
Tylko jedna rzecz nie przypadła mi do gustu. Akcja rozgrywa się w XIX wieku - czas akcji wyjątkowo wdzięczny. Inne zwyczaje i ludzka mentalność, czas mechanizacji i rozmaitych przemian. Można było jakoś lepiej to opisać, bo "Morelowy sad" w zasadzie nie daje nam odczuć klimatu epoki. Dialogi praktycznie niczym nie różnią się od tych dzisiejszych. Gdyby język było choć trochę stylizowany na tamtejszą epokę - nie wymagam, żeby był to język tak piękny jak ten, którym posługiwała się Bronte, bo autorka w tamtych czasach nie żyła, jednakże archaizacja byłaby w tym wypadku jak najbardziej na miejscu.
"Morelowy sad" dotyka ponadczasowych wartości. Książka traktuje o problemach od których włos się na głowie jeży i pięknej, bezinteresownej miłość, która chwyta za serce. Bohaterowie, choć żyli w odległych czasach, byli mi wyjątkowo bliscy. Bardzo łatwo utożsamiłam się z co poniektórymi personami a ich postępowanie zmuszało mnie do refleksji - przez wzgląd na ich przeszłość haniebne czyny wydawały się uzasadnione. Debiut Coplin uczy nas, że każdy jeden czyn ma drugie dno, nic nie dzieje się ot tak bez przyczyny. Przy tej książce spędzicie wiele godzin - część czasu poświęcicie na lekturę, lecz głównie będziecie rozmyślać nad życiem bohaterów, przewrotnością losu i brutalnością, a zarazem wspaniałością świata. Piękna lektura. Wyjątkowa, nietuzinkowa, nieszablonowa. Zdecydowanie warta przeczytania.
Za podróż do morelowego sadu dziękuję ślicznie wydawnictwu black publishing!